Najgroźniejszy upadek na rowerze- Bert Freeride

Upadków w mojej rowerowej karierze miałem wiele. Najczęściej zdarzały się one na początku, kiedy dopiero uczyłem się zjeżdżać. Teraz jest ich zdecydowanie mniej. Opiszę dwa najpoważniejsze upadki w historii mojego kolarstwa.

Mój najgroźniejszy upadek na rowerze był w czarnej górze. W zasadzie nie jeden a dwa, ale zacznę chronologicznie. Pierwszy z nich wydarzył się w 2012 roku, na Pucharze Polski w Czarnej Górze. Jeździłem jeszcze wtedy na Konie Stinky z 2009 roku. Była piękna pogoda, trasa była sucha i szybka- idealny dzień na ściganie. Pamiętam, że przed zawodami zrobiłem gruntowny serwis zawieszenia w rowerze, dlatego jeździło mi się bardzo przyjemnie i cicho. Przejazd eliminacyjny nie poszedł po mojej myśli. Jechałem zbyt kontrolnie, dlatego w przejeździe finałowym postanowiłem dać z siebie wszystko. Nigdy nie powinno się jechać na 100%, ale wszyscy wiedzą jak jest naprawdę. Zawody, kibice i presja powodują, że każdy daje z siebie jak najwięcej- czasem więcej niż powinien.

Nie inaczej było w moim przypadku. Po nieudanych eliminacjach chciałem nadrobić kilka sekund. Całego przejazdu nie pamiętam dokładnie. Wiem tylko, że był to bardzo czysty i poprawny zjazd. Wszystko kleiłem tak jak chciałem i ani razu nie zgubiłem swojej linii. Pokonałem najtrudniejsze elementy trasy i czułem, że to będzie dobry przejazd. Przede mną został już ostatni odcinek trasy- Czarny Las. Jest to drugi najbardziej oblegany przez kibiców odcinek na tej trasie, zaraz po Mini Andorze.

Gdybym wiedział co ma się za chwilę wydarzyć, to z pewnością bym zwolnił.

Tuż przed końcem tego elementu trasy znajduje się przeszkoda, której najbardziej się obawiałem- podwójna mulda (double). Miałem wtedy problem, żeby dobrać odpowiednią prędkość, tak by wylądować idealnie. Nie pamiętam dokładnie, czy na treningach udało mi się pokonać ją odpowiednio. Wiedziałem tylko, że muszę najechać na nią szybciej niż robiłem to zwykle. Mając to na uwadze wpadłem do Czarnego Lasu i płynnie pokonałem wcześniejsze elementy. Została mi już tylko ostatnia prosta, double i wylot z lasu. Puściłem hamulce, jechałem pełną prędkością. Pomyślałem sobie: „kurcze, jedziesz za szybko, zwolnij”, a potem „nie hamuj bo inaczej nie dolecisz”. Ostatecznie nie przyhamowałem i to był błąd.

Na lądowaniu uderzyłem przednim kołem w kamień, albo wylądowałem bardzo krzywo- ciężko stwierdzić. Pewne jest jedno,  moje przednie koło scentrowało się na tyle że nie przeszło przez amortyzator i całkowicie się zblokowało. Zostałem dosłownie wykatapultowany i przy pełnej prędkości uderzyłem lewym biodrem w drzewo. Była to pierwsza gleba, przy której nie martwiłem się o rower a o siebie. Mocno oszołomiony wstałem, żeby pokazać innym że jest dobrze. Czułem się względnie dobrze, nic nie bolało mnie w sposób szczególny. Świadkowie mówią, że była to najgroźniejsza gleba jaką widzieli.

 

Powrót do domu

Zawodów nie ukończyłem, nie myślałem o tym dużo. To samo było z rowerem, przednie koło do wymiany, ale to nic- ważne, że jestem cały. O własnych siłach zszedłem na dół trasy i zbierałem się do powrotu do domu. Nie prowadziłem jeszcze wtedy samochodu, więc mogłem sobie odpocząć w podróży. Moje biodro zaczynało puchnąć. I to mocno. Dwie godziny po wypadku mój bok przypominał balon. Każda nierówność na drodze powodowała u mnie bardzo mocny ból. To była niemiła podróż. Z samochodu wychodziłem z pomocą dwóch osób.

Aż wstyd się przyznać, ale nie pojechałem na żadne badania kontrolne. Po prostu czułem, że nie mam nic złamanego, a jedynie bardzo mocne obicie. Po jakimś czasie jednak poszedłem na prześwietlenie i okazało się, że miałem rację. Jednak od tamtego wypadku staram się badać profilaktycznie przy mocniejszej glebie. Nasmarowałem się maściami na stłuczenia i poszedłem spać. Rano ciężko było mi wstać z łóżka, a po domu chodziłem podpierając się laską.  Mój bok spuchł bardzo mocno. Zacząłem analizować sobie mój przejazd i do dziś zastanawiam się co by było gdybym wtedy zwolnił. Jaki byłby tamten przejazd, czy w ogóle bym się wywalił? Po stosunkowo krótkim czasie wróciła mi mobilność, pomimo tego że bok był nadal spuchnięty. Szczerze mogę powiedzieć, że dopiero po dwóch latach nie odczuwałem już skutków tamtego upadku. Po upadku pozostało mi jedno zdjęcie, jednak nie mogę go nigdzie znaleźć. Drugi wypadek został w całości udokumentowany.

Trzy lata później, te same zawody

Mój drugi bardzo groźny upadek wydarzył się przed tymi samymi zawodami. Było to na moim drugim rowerze zjazdowym, Mondrakerze Summumie z 2012 roku. Pojechałem na tydzień przed zawodami potrenować i nagrać prezentację trasy.  Później pojawił się poważny problem. Mój amortyzator przestał działać. Dokładniej odbicie. Po kilku nieudanych próbach jego naprawy postanowiłem mimo wszystko nagrać prezentację.

Mając na uwadze brak regulacji odbicia postanowiłem zjechać ostrożnie. Towarzyszył mi Kuba Żbikowski, za którym jechałem.  Jechaliśmy spokojnie, bez dokręcania i napinki. Szybko przyzwyczaiłem się do amortyzatora i jechałem z ciężarem ciała mocno przeniesionym do tyłu. Zbliżała się seria średniej wielkości stolików. Co było dalej zobaczycie na filmie:

Po upadku zacząłem się dusić. Nie mogłem ani zaczerpnąć powietrza, ani go wypuścić. Było to straszne uczucie. Po chwili, która ciągnęła się w nieskończoność, mogłem zacząć ponownie oddychać. Oprócz duszenia się, nie stało mi się nic poważnego. Byłem jedynie bardzo mocno obdarty, praktycznie od góry do dołu, z lewej strony. O własnych siłach zjechałem na dół, zapakowałem się i wróciłem do domu.

 

Jak widać w moim jeżdżeniu miałem dwa poważne upadki, które mogły skończyć się dużo gorzej. Chociaż każdy zjazd naraża nas na niebezpieczeństwo to staramy się o tym nie myśleć. A czy Wy mieliście jakieś wypadki? Dajcie znać.

Zapraszam również do mojego wpisu na temat bezpieczeństwa w Downhillu: Czy downhill jest bezpieczny? Czyli moja teoria upadków